Haunted house / Nazwę psa Pilot!

je.jpg

Published by: Penguin

Pages: 507

Release date: February 4th 2003 (first published: October 16th 1847)

(first published: October 16th 1847)

For some people, life is just not easy. Jane Eyre is certainly one of them. Having lost her parents as an infant and abused by her aunt since then, she’s never known love in its pure sense. She also didn’t find it in Lowood, a school for poor and orphaned girls where the cruel and commonly dislikes Mr Blockhurst had a nasty habit of cutting girls’ hair. So when she advertises at the age of eighteen and is employed as a governess by a lady named Alicia Fairfax, she hopes to finally find her place in the world. And maybe she will. But not without the necessity to endure another portion of unpleasantness first, that’s for sure.

I thought that after reading Jane Austen’s Pride and Prejudice, I was never going to fall in love with another classic more. Turns out, I was wrong (and me admitting it doesn’t happen often so mark this day, oh you who read it).

Jane Eyre is a bright, sharp-tongued and intelligent young woman. Despite all of the adversities the fate hadn’t spared her, she goes through life in a stable and sure step. The constant stumbles and holes in the road don’t bother her. The obstacles may slow her down but never make her stop. Until she meets one named Mr Rochester. He is the reason Jane – and her heart – stop and want to stay somewhere for longer.

But the countless corridors of Thornhill hide many secrets. Strange things tend to happen in their dark nooks at night, long after everyone should be asleep. As they say, the devil never sleeps and Jane’s new home is no exception. Everyone hides their own skeleton in their closet. And Mr Rochester’s is just about to grow tired of being locked up for so long.

Jane Eyre units the aspects of love, mystery, jealousy and darkness so deep, it will keep you up at night and make goosebumps appear on your flesh. It’s a romance soaked with the bitter poison of the dark past that cannot be escaped. So beware of Thornhill, reader, or else it will suck you into their gloomy tunnels of love, secrets and broken hearts, just like it did with me.


Wydawnictwo: Świat Książki

Strony: 560

Data wydania: 4 listopada 2015

Tłumaczenie: Teresa Świderska

Polski tytuł: Dziwne losy Jane Eyre

Dla niektórych ludzi życie nie jest proste. Jane Eyre jest jedną z tych osób. Tracąc rodziców jako niemowlę i będąc sponiewieranym przez ciotkę od tego czasu, nigdy nie zaznała miłości w jej czystym znaczeniu. Nie znalazła jej też w Lowood, szkoły dla biednych i osieroconych dzieci, prowadzonej przez pana o nazwisku Blockhurst z nieprzyjemnym nawykiem obcinania dziewczynkom włosów. Więc kiedy w wieku osiemnastu lat zamieszcza w prasie swoje ogłoszenie i zostaje zatrudniona jako guwernantka przez niejaką panią Alicję Fairfax, ma nadzieję w końcu znaleźć swoje miejsce na świecie. I może i znajdzie. Ale na pewno nie bez konieczności przejścia przez kolejną probę nieprzyjemności, jakie zafunduje jej życie. 

Myślałam, że po przeczytaniu Dumy i Uprzedzenia Jane Austen, już nigdy bardziej nie zakocham się w innym klasyku. Wychodzi na to, że się myliłam (a to nie jest coś, do czego przyznaję się często lub z łatwością, więc lepiej zanotuj ten dzień, o Ty, który czytas ten wpis).

Jane Eyre jest bystrą i inteligentną młodą kobietą z ciętym językiem. Pomimo wszystkich przeciwności, których los jej nie skąpił, idze przez życie pewnym i zdecydowanym krokiem. Ciągłę potknięcia i dziury w drodze jej nie przeszkadzają. Postawione przed nią przeszkody mogą ją spowolnić, ale nigdy nie zdołają jej zatrzymać. Aż nie spotyka jednej o nazwisku Rochester. On jest powodem, dla którego Jane – i jej serce – przystają i po raz pierwszy w życiu mają ochotę zostać gdzieś na dłużej. 

Ale niezliczone korytarze Thornhill kryją wiele sekretów. Dziwne rzeczy dzieją się tu w nocy, kiedy wszyscy powinni już dawno spać. Jak to mówią, licho nie śpi, a nowy dom Jane nie jest wyjątkiem od tej reguły. Każdy chowa jakiegoś trupa w szafie, a tgo należącego do Pana Rochestera już niedługo zmęczy siedzenie w zamknięciu przez tak długi czas.

Jane Eyre łączy wątki miłości, tajemnicy, zazdrości i ciemności tak głębokiej, że będzie w stanie pozbawić Was snu w nocy i sprawić, że gęsia skórka pojawi się na Waszym ciele. To romans nasączony gorzką trucizną ciemnej przeszłości, od ktorej nie ma uczieczki. Więc uważaj na Thornhill, czytelniku, inaczej wciągnie Cię w swoje mroczne tunele miłości, sekretów i złamanych serc, tak jak zrobiło to ze mną.

Happy birthday to me! / Starzeję się!

happy.gif

Sooo, my little, precious baby (a.k.a. my blog) is one-year-old! I’m so proud! *wipes a tear*. (In fact, the anniversary was yesterday, but with my ignition, I grasped the fact today. Bravo me). But wanna hear something amazing? BOOKOFEEL WAS BORN ON THE SAME DAY AS HARRY POTTER OMG I DIDN’T EVEN REALIZE I CAN’T EVEN –

Pfff. Okay. I’m calm now. *takes a deep breath*

Soo, I just wanted to say thank you to all of you who have read at least one post. Even though there’s not many of you, I’m still grateful. Thank you, thank you, thank you, I love you.

Aaand, of course, special thanks to Samogłoska (a.k.a. my sister). Without you, this blog wouldn’t even exist ❤

And, of course, a big thank-you goes to Ola, who is probably the only person in the universe who’s read my every post. May Słowacki and Mickiewicz carry you in a sedan-shair in the land of glittery unicorns to the end of time.

Well, that’s the end of the announcement, thank you for your attention. Goodbye and have a nice day. Besos!


Więęęc, moje małe kochanie (znane też jako mój blog) ma już roczek! Jestem taka dumna! *ociera łezkę*. (W zasadzie, to rocznica była wczoraj, ale z moim zapłonem, zorientowałam się dzisiaj. Brawo ja). Ale chcecie usłyszeć coś niesamowitego? BOOKOFEEL URODZIŁ SIĘ TEGO SAMEGO DNIA CO HARRY POTTER OMG NIE OGARNĘŁAM PO PROSTU NIE MOGĘ –

Pff. Okay. Już jestem spokojna. *bierze głęboki oddech*

Więęc, chciałam tylko podziękować wszystkim, którzy przeczytali choć jednego posta. Nawet jeśli nie jest Was wielu, i tak jestem wdzięczna. Dziękuję, dziękuję, dziękuję, kocham Was.

Iiii, oczywiście, specjalne podziękowania wędrują do Samogłoski (znanej też jako moja siostra). Bez Ciebie ten blog by nie istniał ❤

No i oczywiście wielkie dziękuję dla Oli, która jest prawdopodobnie jedyną osobą we wszechświecie, która czyta każdego mojego posta. Niech Mieckiewicz i Słowacki noszą Cię w lektyce w krainie brokatowych jednorożców po wszelkie czasy.

Cóż, to koniec komunikatu, dziękuję za uwagę. Dowidzenia i miłego dnia życzę. Besos!

Not really a review / Mała reklama

english accent

So, I decided to let myself make some self-promotion. And because I’m not just a reader, but also a writer who gives vent to her ideas in the creative hellhole known as wattpad, I wanted to share my own story with whoever happens to read this blog. So, please, check out my awesome cover (made by myself at 1 a.m., so admire), read the summary and if you like it, visit my wattpad profile:  https://www.wattpad.com/user/bookofeel

Thank you and enjoy!

What Abi Hindley hoped for coming from England to study in the US: a new, composed life in an unknown place with freshly met, new people.

What Abi Hindley didn’t hope for coming from England to study in the US: driving straight into the tail of a jerk’s car and getting herself into a deal she doesn’t want to be a part of.

What a shame life never comes out the way it is supposed to.

One moment of distraction caused Abi’s life to make a 180 degrees flip and momentarily stopped being nearly as composed as she wished it to. She fought sickness and tried fighting fate which seemed to like turning its odds against her. What she hasn’t tried to fight yet was her heart – and she’s just about to learn just how much harder this duel is going to be.

Because what’s going to happen when that one girl who hates love, the girl whose name is anagram of ‘be alone’, starts falling in love with the one person she desperately doesn’t want to fall in love with?


Więc postanowiłam pozwolić sobie na małe lokowanie produktu. I ponieważ nie tylko czytam, ale też i piszę, dając upust moim dziwnym pomysłom w czarnej dziurze zwanej wattpadem, chciałam podzielić się moją historią ze wszystkimi, którym zdarza się czytać mojego bloga. Więc proszę, rzućcie okiem na tę wspaniałą okładkę (robiona przeze mnie o pierwszej w nocy, więc podziwiajcie), przeczytajcie fabułopis, a jeśli się Wam spodoba, odwiedźcie mój wattpadowy profil: https://www.wattpad.com/user/bookofeel

Dziękuję i życzę miłego czytania!

Czego Abi Hindley oczekiwała przyjeżdżając z Anglii na studia w Stanach: nowe, poukładane życie w nieznanym miejscu ze świeżo poznanymi, nowymi ludźmi.

Czego Abi Hindley nie oczekiwała przyjeżdżając z Anglii na studia w Stanach: wjechania prosto w zderzak jakiegoś kretyna i wplątania się w umowę, z którą nie chce mieć nic wspólnego. 

Jaka szkoda, że życie nigdy nie układa się tak, jak powinno.

Jeden moment rozkojarzenia spowodował, że życie Abi przewróciło się o 180 stopni i przestało być tak ułożone, jak by tego chciała. Walczyła już z chorobą i próbowała walczyć z losem, który zdaje się lubić komplikować jej plany. To, z czym jeszcze nie próbowała walczyć to jej serce – i dopiero odkryje, o ile trudniejszy okaże się ten pojedynek. 

Bo co się stanie, kiedy dziewczyna, która nie cierpi miłości, dziewczyna której imię krzyczy: ‘bądź samotna’, zaczyna zakochiwać się w tej jednej osobie, w której desperacko nie chce się zakochać?

audycja

Your grammar makes you who you’re.

Ladies and gentlemen, let me present to you something that seems impossible:

SELECTION OF FORMS.

your.gif

I’m aware of the fact that this has nothing to do with book reviewing, but I decided to make the world a better place and share this gif with every English-speaking creature walking on this Earth. Now, let’s spend a while on explaining how this difficult grammar aspect works, shall we?

You’re = you are

Your = something is yours / belongs to you / is in your possession / whatever else you want to call it

Now, I’m not trying to be mean or anything. I’m just tired of looking like this:

hub.gif

every single time someone mistakes this two (or, in fact, three) words. And believe me, this happens a lot on wattpad (and everywhere else).

So please, please, please, please, please, with a cherry on top, at least try to distinguish these two things. Just imagine that every time someone uses the wrong form, a fairy dies somewhere. Sad to think about, isn’t it?

So I ask you as a good citizen and a touchy grumbler with a humanist’s soul: DON’T LET THE FAIRIES DIE.

Sooo, thank you for your attention, I hope I didn’t sound like an elderly lady and that you will take my little life lesson to the heart.

Amen.


 

New book, new horizons / W nowej odsłonie

acomaf

Warning: I would strongly advise to read it only if you’ve read A Court of Thorns and Roses first. This review contains some major spoilers that would ruin all the fun for those who planned to read the first book and haven’t yet done it for some reason. And trust me, you do want to read the first part first. 

Published by: Bloomsbury USA Children’s

Pages: 640

Release date: May 3rd 2016

Fayre gained her happily ever after with her one and only true love, Tamlin, the High Lord of the Summer Court. But the Cauldron has other plans for them. Because on that one day that is about to unit them forever, a sudden change of plans irreversibly complicates both of their lives. After that one feral day, Fayre is thrown into the brutal world of Fea’s politics, negotiations and brewing war. But to face the challenges thrown upon her from the outside, she mist first win the battle within herself and get past the issues haunting her day and night. All at once trying not to loose her human heart that still beats inside her now immortal body.

Soo, Fayre gets married. Yaaaay.

Haha. No.

For my beloved Rhysand chooses the exact moment of her wedding to call in his bargain he’d made with her some time ago. And let me tell you, never have I been more happy reading a book than in this glorious moment. But let’s start from the beginning, shall we?

As we remember, (or not), Fayre promised Rhys one week of her life every month in exchange for his help back Under The Mountain. And because the High Lord of the Night Court is just about as fond of her relationship with Tamlin as I am, he decides to crash the party and snatch her away from her husband-to-be and into his own land. Yay.

He also takes upon himself the mission of fighting Fayre’s illiteracy and teaching her how to protect her mind from him, because, let us not forget, these two are now connected with the bond which had formed when Rhys brought her back to life (and if someone somehow didn’t listen to me and decided to read this review in spite of my spoiler alert, then this is this major spoiler I’ve been warning you against). And, unlike Rhys, Fayre is not exactly happy with his good intentions of helping her. At least not at the beginning.

But life as an immortal isn’t easy for Fayre. She’s still hunted by nightmares of what she had gone through and the things she has seen Under The Mountain.  She also struggles hard to control her powers gained in the moment of her resurrection. And even though Rhys is willing to do what’s in his power to help her, some things she just has to deal with alone.

But the more time she spends with Rhys, the more she starts to see how… similar they are. Just like her, he was kept under Amarantha’s control and trapped Under The Mountain. But unlike her, he suffered there for almost five decades, gaining the disgraceful name of Amarantha’s whore. And the better she gets to know him, the better she understands that him, just like her, is haunted by the dark memories of his long, long time spent in that cruel prison.

In this book, we get introduced to many new characters – Rhys’s friends, – who are just as awesome as him. Okay, mabe not that awesome, but you know what I meant. They don’t suck nearly as much as Tamlin. Not that it’s some great achievement, though. No one sucks as much as Tamlin. Even Amarantha.

Summing up: as much as I criticized the first book in the series, I just loved this one. Less Tamlin, more Rhysand, new badass characters, more action and our dear Fayre who is finally not afraid to be herself. And what a self it is. In this one, Sarah J. Maas gave back everything she denied us in ACoTaR and much, much more. She gave us pain, she gave us feels and a story worth remembering.

Now I just have to wait another year for the third book. Sigh.


 Uwaga: Radziłabym czytać tę recenzję tylko, jeśli przeczytaliście wcześniej Dwór cierni i róż. Zawiera ona kilka dość dużych spoilerów, które mogłyby zepsuć zabawę tym, którzy chcieliby przeczytać pierwszy tom, ale z jakiegoś powodu jeszcze tego nie zrobili. A wierzcie mi, chcecie przeczytać tę książkę. Naprawdę. 

 Książka jeszcze niewydana w Polsce (patrz: dane oryginału jak wyżej).

Fayre w końcu żyje długo i szczęśliwie ze jedną jedyną miłością swojego życia, Tamlinem, Wysokim Lordem Letniego Dworu. Ale los ma dla nich inne plany. Bo w ten jeden dzień, który miał zjednoczyć ich na zawsze, nagła zmiana planów nieodwracalnie komplikuje ich życie. I po tym jednym, feralnym dniu, Fayre zostaje pochłonięta przez brutalny świat polityki, układów i szykującej się wojny fae. Ale by zmierzyć się z wyzwaniami narzuconymi na nią z zewnątrz, dziewczyna musi najpierw stoczyć wewnętrzną walkę ze swoimi własnymi demonami, nawiedzającymi ją w dzień i w nocy. Przy okazji próbując nie stracić swojego wciąż ludzkiego serca bijącego w jej nieśmiertelnym ciele. 

Więęęęc, Fayre wychodzi za mąż. Jeeeej.

Haha. Nie.

Bo mój ukochany Rhysand wybiera właśnie moment jej ślubu, by przypomnieć o umowie, którą zawiązał z Fayre jakiś czas temu. I powiem Wam, że nigdy nie byłam tak szczęśliwa, czytając książkę niż w tym chwalebnym momencie. Ale zacznijmy od początku.

Jak pamiętamy (lub nie), Fayre obiecała Rhysowi jeden tydzień swojego życia co miesiąc w zamian za pomoc pod Górą. A ponieważ Wysoki Lord Nocnego Dworu jest prawie tak wielkim fanem związku Fayre z Tamlinem jak ja, decyduje się zepsuć imprezę i wykraść ją z objęć jej niedoszłego męża, wprost do jego własnego królestwa. Jej.

Postanawia też wziąć w swoje ręce zwalczanie analfabetyzmu Fayre i nauczenie jej odcinać swój umysł od jego, bo nie zapominajmy, że tę dwójkę łączy więź, która uformowała się, kiedy Rhys przywrócił ją do życia (i jeśli ktoś z jakiegoś powodu nie posłuchał mojego antyspoilerowego ostrzeżenia, to tak, to jest ten wielki spoiler, o którym mówiłam). I w przeciwieństwie do Rhysa, Fayre nie jest nieskończenie zadowolona z okazywanej jej pomocy. A przynajmniej nie na początku.

Ale nieśmiertelne życie nie jest dla niej łatwe. Wciąż nawiedzają ją koszmary o rzeczach, których doświadczyła i których była świadkiem pod Górą. Uczy się też kontrolować swoje moce, nabyte w momencie zmartwychwstania. I pomimo tego, że Rhys gotowy jest zrobić wszystko, co w jego mocy, by jej w tym pomóc, z niektórymi rzeczami musi zmierzyć się sama. 

Im więcej czasu spędza z Rhysem, tym lepiej zaczyna dostrzegać, jak… podobni do siebie są. On, tak jak i ona, był trzymany pod kontrolą Amaranthy i uwięziony pod Górą. Ale on, w przeciwieństwie do niej, spędził tam pięć dekad, zyskując niechlubne miano amarantowej dziwki (serio nie wiem, czy to się tak tłumaczy, ale wszyscy wiedzą, o co chodzi, a tak to brzmi po prostu lepiej). I im lepiej Fayre poznaje Rhysa, tym bardziej rozumie, że jego, tak jak i ją nawiedzają ciemne wspomnienia długiego, długiego czasu spędzonego w tym okrutnym więzieniu. 

W tej książki zostajemy zapoznani z wieloma nowymi postaciami – przyjaciółmi Rhysa, – którzy są tak świetni jak on. No dobra. Może nie aż tak świetni, ale wiecie, o co chodzi. Po prostu nie są tak beznadziejni jak Tamlin. Nie żeby to było jakieś wielkie osoiągnięcie. Nikt nie jest tak beznadziejny jak Tamlin. Nawet Amarantha. 

Podsumowując: tak, jak narzekałam na poprzedni tom, tak w tym jestem po prostu zakochana. Mniej Tamlina, więcej Rhysanda, nowi czaderscy bohaterowie, więcej akcji i nasza droga Fayre, która w końcu nie boi się być sobą. I to jaką sobą. W tym tomie, Sarah J. Maas oddała nam wszystko, czego nie otrzymaliśmy w poprzednim i znacznie, znacznie więcej. Dała nam ból, dała nam uczucia i historię wartą zapamiętania.

Teraz muszę już tylko czekać rok na premierę następnej części. Eh. 

 

Thorns and all / Nie ma róży bez kolców

ACOTAR.jpg

Published by: Bloomsbury Children’s

Pages: 416

Release date: May 5th 2015

Fae are bad. Fae are cruel. If you’re not careful enough, they will catch you and make you wish you were dead. That’s what Fayre (read: Fay-ruh) has been taught her whole life. But those are not just empty warnings or tales told to children to prevent them from misbehaving. Those are real stories based on blood-freezing actual events. No wonder Fayre fears (and hates) them with every fiber of her being. So what’s going to happen when she accidentally kills one of them and is forced to go to their land as a form of punishment?

In Prythian, the land of Fae and Fae only, everything is different than it seems and every step may be deadly.

Short synopsis: a few years back Fayre’s mother died and her father lost all their money. That left her and her two older sisters with literally nothing but themsleves. Despite being the youngest link, Fayre took her family’s survival upon herself. She dug out her bow and arrows, tought herself how to use them and did what was in her power to keep her loved ones from starving. Sounds familiar, doesn’t it?

Well, you’re not the only ones who think about Katniss Everdeen’s badass skills at the moment. Those two girls, despite living in completely different books and reality, share a smilar past. But here’s where the similarities end. So don’t worry – you won’t get the Hunger Games 2.0. At least not here.

Fayre is given the choice of: a) being killed at the spot, according to Fae’s saint rule ‘kill for the kill’, or b) go to Prythian, land of Fae, and live with the High Lord of the Summer Court. As expected (or not) Fayre chooses the lesser evil and agrees to join the mighty Tamlin in his journey home. But once they arrive, she becomes his prisoner, trapped within the borders of her enemies’ land. And even though she doesn’t like it, there’s no way for her to escape.

I have to admit, the first part of the book disappointed me. As Throne of Glass’s great fan, I expected ACOTAR to be something spectacular, something fantastic, something out of this world, something… well, more than I got. And yet, after all of my waiting for this one particular book I was rewarded with a crazy twist of Beauty and the Beast, Rapunzel and God knows what else. Not-so-outstanding female character trapped in a mansion with not-so-outstanding masked male character and his friend, doing nothing but wandering around the house and mewling over the fact that she has nothing better to do than wander around the house mewling or making an occasional journey into the woods, which, by the way, always ended with some kind of a desaster she has to be rescued from (guess by whom). And I think I won’t surprise anyone by saying that Fayre is not immune to the Stockholm’s syndrome and slowly starts feeling that incredible pull towards her hot-as-hell keeper. And the feeling’s not one-sided, I might add.

When I come to think of it, all I have in mind is: ‘Well, nothing special’. But the other part…

This book can be easily divided into two parts. The first, quite boring one, where Fayre is nothing more than a simpering damsel in distress giving in to the unknown feeling connecting her with the golden-haired Tamlin. And the second one – where her trapped badass nature finally resurfaces and we get to meet a completely new – and completely awesome – Fayre. Needless to say, the second part is where the real action begins.

I won’t tell you much (I don’t want to sell too much spoiler, after all). I’ll just say that a series of unfortunate events traps Fayre somewhere she doesn’t want to be. To get free, she has to complete three tasks – each one harder then the previous one – or simply solve one riddle given to her at the beginning of her trial. At this moment, my heart finally started beating faster with anticipation and I was actially looking forward to turning the page to see what was going to happen next – not because I had enough of Fayre’s lament.

We also get to know Rhysand – dark, and mysterious man made out of shadows, who follows Fayre in the wake of her misery. His violet eyes, sarcasm and charming personality made me literally drool all over the pages – and it had nothing to do with me being always hungry. And as Tamlin’s public enemy no. 1, I was more than happy to finally get some male character who didn’t make me want to punch him with his own book.

Summing up, yes, the book is worth reading. It might get a little boring at the beginning and it tooks a lot of time (and pages) for the action to begin, but once it does, oh boy, is it worth the waiting. I’m sorry for all the grumbling at the beginning – I hope I didn’t discourage you to read it, because it wasn’t my point at all (I just got a little caught up in being grumpy, as usual). The first part has its moments and does hold a few interesting events that light up the dark tunnel of Fayre’s desperate sighs and Tamlin’s… well, his everything (say whatever you want to say, I don’t like him). And then we have Rhys. He’s worth waiting for the whole series of books just to get one chapter with him in it. So hold on, don’t give up, be patient, and remember – love is the answer to everything.


Wydawnictwo: Uroboros

Strony: 524

Data wydania: 27 kwietnia 2016

Tłumaczenie: Jakub Radzimiński

Polski tytuł: Dwór cierni i róż

Fae są złe. Fae są okrutne. Jeśli nie będziesz wystarczająco ostrożny, złapią cię i sprawią, że będziesz błagał o śmierć. Oto czego Fayre (czyt: Fey-ruh) była uczona przez całe swoje życie. Ale to nie tylko puste przestrogi czy bajki opowiadane niegrzecznym dzieciom. To prawdziwe historie oparte na mrożących krew w żyłach zdarzeniach. Nic więc dziwnego, że Fayre boi się (i nienawidzi) ich z całego serca. Więc co się stanie, jeśli przez przypadek zabije jednego z nich i zostanie zmuszona do zamieszkania w ich krainie w ramach kary?

W Prythian, krainie zamieszkanej przez Fae i tylko Fae, nic nie jest takie, jak się wydaje, a każdy krok może być śmiertelny. 

Krótki fabułopis: parę lat wcześniej matka Fayre umarła, a jej ojciec stracił cały majątek. To zostawiło ją i jej dwie starsze siostry z niczym prócz siebie nawzajem. I pomimo bycia najmłodszym ogniwem, Fayre wzięła utrzymanie rodziny w swoje ręce. Wygrzebała łuk i strzały, nauczyła się ich używać i robiła co w jej mocy, by nie dać jej bliskim umrzeć z głodu. Brzmi znajomo, nie?

Nie, nie jesteście jedynymi, którzy w tym momencie myślą o czaderskich umiejętnościach Katniss Everdeen. Te dwie dziewczyny, pomimo życia w zupełnie innych książkach i rzeczywistości, łączy podobna przeszłość. Ale tu podobieństwa się kończą. Więc nie martwcie się – nie dostaniecie Igrzysk Śmierci 2.0. A przynajmniej nie tutaj. 

Fayre otrzymuje możliwość wyboru między: a) śmiercią na miejscu, wedle świętej zasady Fae ‘życie za życie’ lub b) wyjazdem do Prythian, krainy Fae, i zamieszkaniem z Wysokim Lordem Letniego Dworu. Jak się można było spodziewać (albo i nie), Fayre wybiera mniejsze zło i zgadza się towarzyszyć wielmożnemu Tamlinowi w jego podróży do domu. Ale kiedy docierają na miejsce, staje się jego więźniem zamkniętym w granicach krainy jej największych wrogów. I pomimo tego, że tego nie chce, nie ma żadnej możliwości ucieczki. 

Muszę przyznać, że pierwsza połowa książki bardzo mnie zawiodła. Jako wielka fanka Szklanego Tronu, sądziłam, że DCiR okaże się czymś spektakularnym, czymś wielkim, czymś nie z tego świata, czymś… cóż, więcej niż było. A jednak, pomimo mojego długiego wyczekiwania na tę jedną, jedyną książkę, dostałam jakąś dziwną mieszaninę Pięknej i Bestii, Roszpunki i Bóg wie czego jeszcze. Taka-s0bie bohaterka uwięziona w pałacu z takim-sobie bohaterem w masce i jego przyjacielem, nie robiąca nic poza snuciem się po korytarzach i rozpaczaniem nad faktem, że nie ma do roboty nic lepszego niż snucie się po korytarzach i rozpaczanie albo okazyjnie robiąca wypad do lasu, który, tak na marginesie, zawsze kończył się jakąś tragedią, z której musiała być ratowana (zgadnijcie przez kogo). I myślę, że nie zaskoczę nikogo, kiedy powiem, że Fayre nie jest odporna na syndrom sztokholmski i powoli zaczyna odczuwać ten niesamowity pociąg w kierunku jej nieziemsko przystojnego oprawcy. Dodam jeszcze, że to uczucie nie jest jednostronne. 

Kiedy tak sobie o tym myślę, do głowy przychodzi mi tylko: ‘Cóż, nic specjalnego‘. Ale druga część…

Tę książkę można podzielić na dwie części. Pierwsza, nudnawa, gdzie Fayre odstawia Wenezuelę i zgrywa damę w opałach poddającą się temu nieznanemu uczuciu łączącym ją ze złotowłosym Tamlinem. I ta druga – gdzie jej uwięziona drapieżna natura w końcu wygrzebuje się na powierzchnię, a my poznajemy całkiem nową – i całkiem świetną – Fayre. Bez dwóch zdań – druga połowa to miejsce, gdzie zaczyna się prawdziwa akcja. 

Nie powiem Wam wiele (w końcu nie chcę sprzedać zbyt wiele spoilerów). Zdradzę tylko, że seria niefortunnych zdarzeń sprowadza Fayre do miejsca, w którym nie chce być. Aby się wydostać, musi wykonać trzy zadania – każde trudniejsze od poprzedniego – lub rozwiązać jedną zagadkę zadaną jej przed rozpoczęciem próby. W tym momencie moje serce w końcu zaczęło bić szybciej w oczekiwaniu, a ja naprawdę chciałam przewrócić kartkę, by dowiedzieć się, co stanie się na następnej stronie, nie dlatego, że nie mogłam dłużej słuchać lamentu Fayre. 

Poznajemy też Rhysanda – mrocznego, tajemniczego mężczyznę stworzonego z cieni, który towarzyszy Fayre w jej niedoli. Jego błękitne oczy, sarkazm i czarująca osobowość sprawiły, że śliniłam się na kartki – i nie miało to nic wspólnego z moim nigdy nieustającym głodem. I jako publiczny wróg numer 1 Tamlina, cieszyłam się, że w końcu dostałam męskiego bohatera, którego nie miałam ochoty zatłuc jego własną książką. 

Podsumowując, tak, ta książka jest warta przeczytania. Może i jest dość nudna na początku i zawiązanie akcji zajmuje sporo czasu (i stron), ale kiedy wszystko już przyspieszy, wierzcie mi, warto jest czekać. Przepraszam za tyle marudzenia na początku – mam nadzieję, że nie zniechęciłam Was całkiem, bo nie o to mi chodziło (po prostu za bardzo wciągnęło mnie bycie krytycznym bucem, jak zwykle). Pierwsza połowa miewa swoje momenty i skrywa parę ciekawych zdarzeń, które rozświetlają ciemny tunel rozpaczliwych jęków Fayre i… wszystkiego Tamlina (mówcie co chcecie, nie lubię go). A potem jest Rhys. On sam jest wart czekania całą serię książek tylko po to, by otrzymać jeden rozdział z jego osobą. Więc trzymajcie się, bądźcie cierpliwi, nie poddawajcie się i pamiętajcie – miłość jest odpowiedzą na wszystko. 

Green shoes / Nienawiść do koni i zupy

mby.jpg

Published by: Pamela Dorman Books/Vicking

Pages: 369

Release date: December 31st 2012

Once there was a girl who didn’t know what life was. And on the other side of the town lived a dying man who taught her exactly what it means to live.

When Lou loses her job in her beloved little cafe, she’s quite depressed. Her family needs money and she can’t afford to remain unemployed for much longer. But being her grouchy self, she refuses to pick up pole dance or anything containing going to the toilet with disabled elderly people. So when she’s offered a job where she needs to take care of a man suffering from tetraplegia, she’s not exactly what you would call happy. Especially when said man shows no desire to live or, at least, communicate with her without colouring his statements with sarcastic comments and mean remarks. But as they say, every cloud has a silver lining – and Lou is just about to find hers (and does everything what’s in her power to show Will his own).

This is one of the books that kept me late at night and woke me up early in the morning. Let’s start with the fact that finishing it in one day became my new life target – and when I insist on something, I always do it. So yes, I finished it at two in the morning, with tears streaming down my face and trembling hands. Hell, every part of my body was trembling. Starting it, I told myself I needed a book that would make my cry, since it’s been so long since I’ve actually shed a tear reading something that wasn’t Harry Potter. And boy, did I get it.

Louisa Clark is my complete opposite. She loves talking, looks at the world rather optimistically and dresses like a maniac in clothes which colors can easily give you a nystagmus. And yet something about her makes me understand her fully – maybe it’s the fact that she reminds me of my friend so much – but still, I always knew what she felt in the particular moment. Her narration was filled with subtle sarcasm, irony and little, witty comments. I love her spiritual attitude and the way she sees the world.

Now, a little about Will Traynor. He’s a 35-year-old ex-businessman, who’s been chained to his wheelchair for the past two years. He can’t move any part of his body that is not his head or a finger – and the moves are still limited. Considering he once was a man who went bunjee jumping and climbed the highest mountains on daily basis – yeah, you could consider him angry at the world for putting him in his actual position. No wonder he doesn’t want to lead this so called ‘life’ any longer. The accident changed not only his body, but also his spirit and heart. He is no longer his old, charming and easy going self – the business shark, how Lou liked to call him. He’s bitter, grumpy and obnoxious. Who wouldn’t be in his place?

But Lou doesn’t just accept failure like most people do.

She sets herself a new challenge – make Will love his life once more, find his fading need to live and light it up. But it’s not easy trying to save someone who simply doesn’t want to be saved.

Me Before You isn’t a sad story. Yes, it makes your eyes tear like Nigara Falls and your lower lip tremble uncontrollably, but underneath this all, a bright smile stretches on your face and your chest squeezes with laughter. It makes you notice things you’ve never noticed before and think about topics you’ve never really considered. It’s not just another love story and a tearjerker. It’s a story of two people who desperately try to change each other for better – even if only one of them succeeds in the task (no, I won’t tell you which one).

P.S. I will never look at the X-Ambassadors’ Unsteady the same.


Wydawnictwo: Świat Książki

Strony: 383

Data wydania: 27 kwietnia 2016

Tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska

Polski tytuł: Zanim się pojawiłeś

Pewnego razu była sobie dziewczyna, która nie wiedziała, czym jest życie. Ale po drugiej stronie miasta mieszkał umierający mężczyzna, który pokazał jej, co znaczy żyć. 

Kiedy Lou traci pracę w swojej ukochanej kawiarence, jest trochę przybita. Jej rodzina potrzebuje pieniędzy i dziewczyna nie może sobie pozwolić na zostanie bezrobotną na dłużej. Ale będąc marudną sobą, odmawia podjęcia tańca na rurze lub jakiejkolwiek pracy, która uwzględnia podcieranie tyłka starszym niepełnosprawnym ludziom. Więc kiedy oferują jej posadę, w której będzie musiała opiekować się ofiarą tetraplegii, nie jest specjalnie szczęśliwa. Szczególnie, jeśli wspomniana ofiara nie przejawia jakichkolwiek chęci do życia ani, przynajmniej, do rozmowy, która nie zawierałaby sarkastycznych komentarzy i wrednych docinek. Ale jak to mówią, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – a Lou jest zdeterminowana, by znaleźć swoje dobre (i pokazać Willowi jego własne).

To jedna z tych książek, które trzymały mnie w napięciu do późnej nocy i budziły z samego rana. Zacznijmy od faktu, że jako mój nowy cel życiowy ustanowiłam sobie przeczytanie jej w jeden dzień – a jak ja się już na coś uprę, to nie ma zmiłuj. No więc tak, skończyłam tę książkę o drugiej nad ranem z łzami cieknącymi mi po twarzy i drżącymi dłońmi. Kurczę, cała się trzęsłam. Zaczynając czytać, powiedziałam sobie, że potrzebuję lektury, na której bym się mogła porządnie wypłakać, bo od dawna nie uroniłam łezki na niczym, co nie było Harrym Potterem. I wiecie co? Dostałam, czego chciałam. 

Louisa Clark to moje kompletne przeciwieństwo. Uwielbia dużo mówić, patrzy na świat raczej optymistycznie i ubiera się jak wariatka w kolory, od których człowiek dostaje oczopląsu. Ale jest w niej coś takiego, co pozwala mi ją zrozumieć, – może to fakt, że tak bardzo przypomina mi moją przyjaciółkę – zawsze rozumiałam, co miała na myśli w danym momencie. Jej narracja przepełniona jest subtelnym sarkazmem, ironią i małymi, zgryźliwymi komentarzami. Uwielbiałam jej żywy sposób bycia i to, jak widzi świat. 

A teraz trochę o Willu Traynorze. Jest trzydziestopięcioletnim ex-biznesmenem, który od dwóch lat jest przykuty do swojego wózka inwalidzkiego. Nie może ruszyć żadną częścią swojego ciała, która nie jest głową albo palcem u ręki – a nawet to jest ograniczone. Biorąc pod uwagę to, że kiedyś skakał na bunjee i zdobywał najwyższe szczyty na porządku dziennym – tak, możecie uznać go za wściekłego na świat za położenie go w jego aktualnej pozycji. Nic dziwnego, że nie chce dłużej prowadzić tego tak zwanego ‘życia’. Wypadek nie zmienił tylko jego ciała – uszkodził też duszę i serce. Will nie jest już swoim dawnym, czarującym sobą – rekinem biznesu, jak to Lou lubiła go pieszczotliwie nazywać. Jest zgorzkniały, marudny i nieznośny. No bo kto by nie był na jego miejscu?

Ale Lou po prostu nie godzi się z porażką tak jak inni ludzie. 

Stawia sobie nowe wyzwanie – sprawić, by Will znów pokochał swoje życie, znaleźć jego gasnące pragnienie życia i zapalić je na nowo. Ale nie jest łatwo próbować ocalić kogoś, kto nie chce być ocalony. 

Zanim się pojawiłeś nie jest smutną historią. Tak, sprawia, że oczy łzawią jak wodospad Niagara, a dolna warga trzęsie się niekontrolowanie, ale pod tym wszystkim na twarzy rozciąga się szeroki uśmiech, a w piersi wibruje śmiech. Ta książka zwraca naszą uwagę na rzeczy, których nigdy nią nie obdarzaliśmy i sprawia, że myślimy o sprawach, nad którymi jeszcze nigdy się nie zastanawialiśmy. To nie kolejne love story albo wyciskacz łez. To historia dwóch ludzi, którzy za wszelką cenę chcą zmienić się na lepsze – nawet jeśli tylko jednej z nich się to udaje (nie, nie powiem której).

P.S. Już nigdy nie spojrzę na Unsteady od X-Ambassadors tak samo.

 

A vicious Sleeping Beauty / Koniec świata i jeszcze więcej

tqoatl.jpg

Warning: I would strongly advise to read this review only if you’ve read  The Queen of All that Dies and The Queen of Traitors first. I mean, decision is yours, but I am not responsible for all the spoilers this text contains. Just saying.

Published by: Lavabrook Publishing Group

Pages: 304

Release date: May 15th 2016

One hundred and four years of sleep is enough. After having been entombed inside of the Sleeper for over ten decades, Serenity finally wakes up. And apparently, not out of her own will. But there is no prince waking her up with a kiss. There are just soldiers and the undying king waiting for her, willing to do everything that’s in his power to get her back.

But what if she doesn’t want to go back to him?

Jesus f. Christ. That’s what I kept repeating inside my head over and over while reading this book. Before I start swooning over how amazing it was, I’d just like to point out that I’ve come back to blogging after… two months (?) for this particular book, so bathe in its awesomness.

Anyway, Laura Thalassa again managed to surprise me with even bigger dose of love, hate, death and action. Serenity wakes up only to find out that after 104 years, the war is still brewing on, and it’s nowhere near ending. Not to mention how pissed of she is after discovering her loving monster of a husband had locked her up against her will for over a century. I mean, they always had a bone to pick together, and their current situation doesn’t help their relation by any means.

But while Serenity slept, Montes was fully alive and functioning. Well, maybe not fully, since he admitted himself that his heart and his spirit were asleep along with his queen (how romantic, isn’t it?). Just this very words will have you pause and think: “Hey, the guy whom I’ve known from the last two books would never say anything like that!”. Exactly.

Montes is now a changed man. Still cruel, still vicious, but more compassionate and… humane. And much to Serenity’s dispair, he’s definitely a better being than he used to be.

Somehow, my godly guru in the person of our dear author managed to evolve the characters into better people without making them boring. Normally, when someone changes because of love they become tasteless and – sorry to say that – pathetic. But it isn’t like that with Montes. He’s still his old self – a stubborn bastard who makes inadequate innuendos on daily basis. It’s just that now he’s willing to lose a little part of himself just to give it to Serenity. Which, on the other hand, is something she cannot wrap her head around.

In this book, we are given a few types of war. This big one, between the East and the West, the inner ones – lead inside the characters and the interpersonal ones – which I consider the most interesting, because seriously, no one fights as well as Montes and Serenity do.

Without further prolonging – this book is an excellent finale of an excellent trilogy. I’m still in awe of Laura Thalassa’s writing (and planning) skills, because The Queen of all that Lives is not just a book. It’s a masterpiece created with great heart and care put into it. It surprises, it scares, it amuses – it makes you laugh and cry. You can’t possibly predict the end – hell, you can’t even predict what’s going to happen on the next page. And that’s what I love in it. It never stops. It never ends. It never fails to surprise. And, what’s most important – it stays with you forever, leaving you weeping and aching for more.

This is the book because of which I came back to reviewing after such long time. This is the book because of which I paused reading others beacuse they seem just too flat in comparison. This is the book which caused me to stop writing, because I’m just ashamed to grab a pen after what I’ve just read. And this is also the book that from now on is going to figure on top of my favorite books af all times. I loved it. I lived with it. And I hope you’re going to love it, too.


Uwaga: Nie radziłabym czytać tej recenzji osobom niezaznajomionym z The Queen of All that Dies i The Queen of Traitors. Decyzja jest Wasza, ale z góry uprzedzam: nie odpowiadam za zawarte w tekście spoilery. Tak tylko mówię.

Książka niewydana w Polsce (patrz: dane orygiału jak u góry)

Sto cztery lata snu to wystarczająco dużo. Po spędzeniu ponad dziesięciu dekad w sakrofagu, Serenity w końcu się budzi. I najwyraźniej nie ze swojej woli. Ale nie ma żadnego księcia budzącego jej pocałunkiem. Są tylko żołnierze i czekający na nią nieśmiertelny król, który nie cofnie się przed niczym, by ją odzyskać.

Ale co, jeśli ona nie chce być odzyskana?

Jezu Chryste. To właśnie powtarzałam w kółko w głowie, czytając tę książkę. Zanim zacznę się ślinić nad jej wspaniałością, chciałabym zauważyć, że wróciłam do bloga po… dwóch miesiącach (?) dla tej jednej książki, więc tońcie w jej cudowności.

W każdym razie, Laura Thalassa znów zdołała zaskoczyć mnie jeszcze większą dawką miłości, nienawiści, śmierci i akcji. Serenity budzi się po 104 latach, by odkryć, że wojna wciąż toczy się z pełnym impetem i wcale nie zmierza do końca. Nie wspominając o tym, jak wkurzona jest po odkryciu, że jej kochający potwór męża trzymał ją zamkniętą wbrew jej woli przez ponad wiek. To znaczy, zawsze mieli trochę na pieńku, a aktualna sytuacja nie pomaga ich relacji w żadnym stopniu.

Ale kiedy Serenity spała, Montes był w pełni żywy. No, może nie w pełni, skoro sam przyznał, że jego serce i duch spały razem z jego królową (takie to romantyczne, prawda?). Tylko te słowa sprawią, że zatrzymacie się i pomyślicie: “Hej, przecież facet, którego znam z ostatnich dwóch tomów nigdy nie powiedziałby czegoś takiego.” No właśnie. 

Montes jest odmienionym człowiekiem. Wciąż okrutnym, wciąż złośliwym, ale bardziej miłosiernym i… ludzkim. I, ku rozpaczy Serenity, jest zdecydowanie lepszym istnieniem niż kiedyś. 

W jakiś sposób, moje boskie guru w osobie naszej drogiej autorki udało się ewoluować bohaterów i zrobić z nich lepsze osoby, przy okazji nie czyniąc ich nudnymi. Zazwyczaj, kiedy ktoś zmienia się dla miłości, staje się mdły i – przykro mi, że to powiem – żałosny. Ale z Montesem tak nie jest. Wciąż jest swoim starym sobą – upartym draniem rzucającym nieodpowiednimi insynuacjami na porządku dziennym. Teraz po prostu jest zdolny poświęcić kawałek siebie i oddać go Serenity. Co z kolei okazuje się czymś, czego ona nie potrafi zrozumieć.

W tej książce mamy do czynienia z kilkoma typami wojny. Z tą wielką, pomiędzy Wschodem i Zachodem, tymi wewnętrznymi – prowadzonymi w umysłach bohaterów i tymi interpersonalnymi – które są dla mnie najciekawsze, bo, serio, nikt nie walczy tak jak robią to Motes i Serenity.

Bez dalszego przedłużania – ta książka to doskonały finał dla doskonałej trylogii. Wciąż jestem pod wrażeniem pisarskich (i planowych) umiejętności Laury Thalassy, bo The Queen of All that Lives to nie tylko książka. To arcydzieło stworzone z ogromną ilością serca i troski włożonej w jego pisanie. Ono zaskakuje, przeraża, rozbawia – sprawia, że śmiejesz się przez łzy. Nie można przewidzieć jej końca – nie można nawet domyślić się, co stanie się na następnej stronie. I za to właśnie ją kocham. Nigdy się nie zatrzymuje. Nigdy się nie kończy. Nigdy nie zawodzi. I, co najważniejsze, zostaje z Tobą na zawsze, sprawiając, że pragnie się więcej.

To książka, dla której wróciłam do recenzowania po tak długim czasie. To książka, przez którą byłam zmuszona wziąć przerwę w czytaniu, bo wszystkie inne książki wydawały się mdłe w porównaniu z nią. To książka, przez którą chwilowo przestałam czytać, bo jest mi wstyd nawet wziąć pióro do ręki po tym, co przeczytałam. To też książka, która od dzisiaj będzie figurować na szczycie mojej listy ulubionych książek wszech czasów. Kochałam ją. Żyłam nią. I mam nadzieję, że Wy też ją pokochacie.